Nietolerancja (1916), reż. David Wark Griffith
W latach I wojny światowej kino jako sztuka znajdowało się jeszcze w powijakach. Ruchome obrazy zyskiwały co prawda coraz większą popularność, niemniej jednak kinematografia uchodziła powszechnie za sztukę jarmarczną, niegodną uwagi ludzi światłych. Co prawda trafiały się jednostki (np. nasz rodak Karol Irzykowski), które widziały w kinie zadatki na bycie prawdziwą sztuką, ale pozostawały one wyjątkami. W 1916 r. publiczność zdążyła już zapoznać się z dokonaniami pierwszego faktycznego reżysera i twórcy fantastyki w dziejach kina, Georgesa Meliesa ("Podróż na Księżyc"), włoskim kinem sandałowym ("Quo vadis?", "Cabiria"), nieśmiałymi początkami ekspresjonizmu niemieckiego ("Student z Pragi") oraz pierwszymi krótkometrażówkami Charliego Chaplina ("Bójka w deszczu", "Charlie w Music-Hallu" itp.) Filmy były w porażającej większości (poza nieznanymi szerokiej publiczności eksperymentami technicznymi) nieme i czarno-białe. Długi metraż pojawił się zaledwie kilka lat wcześniej.
W tych prymitywnych z naszego punktu widzenia warunkach pojawił się jeden z pierwszych wielkich twórców kina amerykańskiego - David Wark Griffith.
Urodzony w 1875 r. reżyser kręcił setki (sic!) filmów już od 1908 r., ale dopiero powstałe w 1915 r. "Narodziny narodu", dziejące się podczas wojny secesyjnej, przyniosły mu rozgłos - niestety nie tylko ze względu na wybitność tego dzieła pod względem artystycznym. Otóż w drugiej części filmu Griffith przedstawił czarnoskórych (granych przez białych w czarnych maskach) jako nieinteligentnych i agresywnych względem białych ludzi, zaś Ku Klux Klan jako chwalebną organizację broniącą swych "współbraci" przed zagrożeniem ze strony Afroamerykanów. Film wywoływał liczne protesty przeciwko treściom weń zawartym, niektóre kina nie chciały go umieszczać w repertuarze. Czy obawy przeciwników "Narodzin narodu" były słuszne? Faktem jest, że film katalizował ataki białych gangów na czarnoskórych, zaś pewien biały mężczyzna po obejrzeniu dzieła Griffitha zamordował czarnego nastolatka. Z kolei Ku Klux Klan zaczął używać "Narodzin..." jako środka pomocniczego przy rekrutacji nowych członków nieprzerwanie aż do lat 70. Griffithowi nie podobało się odczytanie jego filmu jako rasistowskiego (chociaż można się dziwić, iż nie spodziewał się takiego obrotu sprawy). Z tego względu postanowił nakręcić film krytykujący uprzedzenia różnej maści, czyli "Nietolerancję" właśnie.
"Nietolerancja" - najdroższy film w dotychczasowej historii kina (kosztował 2 miliony dolarów, co po uwzględnieniu inflacji da nam 46 milionów dolarów budżetu) - była realizowana z wielkim rozmachem. Griffith podjął się tego, czego nie próbował robić przed nim nikt wcześniej. Zamierzał przedstawić w paralelny sposób skutki nietolerancji (przede wszystkim na tle religijnym, ale również i o podłożach majątkowych czy społecznych) na przestrzeni dziejów, od upadku Babilonu poprzez życie Jezusa Chrystusa i noc świętego Bartłomieja do czasów widzowi współczesnych. Przykładał wielką wagę do scenografii, kostiumów i pracy z wieloma statystami. Pragnąc przedstawić wesele w Kanie Galilejskiej zgodnie z tradycją żydowską, zaangażował do nadzoru pracy nad nią rabina Meyera. Wszystko w ramach szczytnego celu - przekazaniu widzom w atrakcyjny wizualnie sposób, iż tolerancja jest niezbędna do dobrego funkcjonowania ludzkości.
Niestety dla Griffitha "Nietolerancja" poniosła kompletną klęskę finansową w kinach. Odbiorcy nie byli w stanie usiedzieć w miejscu przez cały czas projekcji (163 minuty seansu to pewne wyzwanie nawet dla dzisiejszego widza), mieli problemy również z percepcją równolegle rozwijających się czterech historii (zapewne najwięcej trudności sprawiało im to pod koniec, gdy montaż między scenami jest najbardziej dynamiczny), połączonych ze sobą motywem matki kołyszącej dziecko. Ponadto ludzie żyjący w atmosferze I wojny światowej i rychłego przystąpienia Stanów Zjednoczonych do niej nie byli zbyt chętni do oglądania filmu wzywającego do pokoju. W porównaniu z wynikami finansowymi "Narodzin narodu" (które do momentu premiery "Przeminęło z wiatrem" były najbardziej dochodowym filmem w dziejach) rezultat komercyjny "Nietolerancji" prezentował się zatem wprost tragicznie. Griffith stracił niemal wszystkie pieniądze wyłożone na monumentalne dzieło. Nie był w stanie nawet rozebrać scenografii służącej jako Babilon, która rozpadała się sama przez cztery lata. Pieniądze wzięte na produkcję filmu musiał spłacać do końca życia. Mimo tego już za jego życia "Nietolerancja" spotykała się z ciepłym przyjęciem znawców kina. Obecnie jest uważana za jedno z pierwszych filmowych arcydzieł i jeden z najważniejszych (obok "Narodzin narodu", "Złamanej lilii" i "Męczennicy miłości") filmów Griffitha. W 1995 r. została wpisana na watykańską listę 45 znaczących filmów, opracowaną przez Filmotekę Watykańską i Papieską Radę do spraw Komunikacji Społecznej.
Osobiście podejrzewam, że mimo wielkiego wkładu w historię i rozwój kina, "Nietolerancja" może nie być jednak już dzisiaj - podobnie jak wiele innych niemych filmów, niezależnie od ich poziomu - w pełni znośna dla przeciętnych zjadaczy chleba. Niektóre fragmenty mogą im się za bardzo dłużyć, zbyt ekspresyjna gra aktorska razić, zaś samo przesłanie - choć aktualne - może się wydać przedstawione w zanadto naiwny sposób. Mnie samej było nieco ciężko oglądać ten film, ale w moim przypadku winna była zapewne niezbyt dobra jakość kopii, z jaką się zetknęłam.
Na pewno wielkim plusem dzieła Griffitha jest jego rozmach i dbałość o szczegóły (o czym wspominałam już wcześniej). Jeśli widz da się porwać "Nietolerancji", może poczuć się - mimo czarno-białego obrazu i braku dźwięku - jakby faktycznie przebywał w starożytnym Babilonie, Palestynie z czasów Jezusa bądź w szesnastowiecznym Paryżu. Sceny batalistyczne oraz reszta warstwy wizualnej z epizodu babilońskiego robią wrażenie i dzisiaj. Grająca weń Górską Dziewczynę Constance Talmadge może uchodzić za pierwszą kobiecą bohaterkę kina akcji. Prawie wszystkie wątki angażują emocjonalnie, głównie dzięki odpowiednio dawkowanemu napięciu i wspomagającemu je dynamicznemu montażowi (na kilka lat przed powstaniem przełomowej dla dziejów kina radzieckiej szkoły montażu). W historii współczesnej reżyser odważnie podjął tematykę wyzysku robotników przez pracodawców, obłudy niektórych organizacji filantropijnych oraz niekiedy pochopnej działalności sądów. Poza tym w aż trzech opowieściach Griffith dotknął problemu nietolerancji religijnej (aczkolwiek w najdłuższej z nich - w wątku babilońskim - zostaje on przyćmiony przez historię głównej bohaterki oraz przepych scenografii i kostiumów).
Niestety same przejawy nietolerancji wypadają najjaskrawiej i najbardziej wpływają na postawę widza w wątkach najkrótszych, tyczących się Jezusa i - przede wszystkim - paryskiej rzezi hugenotów. Jak wspominałam, problem nietolerancji w historii upadku Babilonu zostaje przyćmiony przez warstwę wizualną. Trudno również na pierwszy rzut oka wyczuć (mimo porównań członkiń organizacji filantropijnej do nietolerancyjnych faryzeuszy), na czym polega nietolerancja w opowieści dziejącej się współcześnie (według założeń reżysera chodzić miało o nietolerancję na tle społecznym, wyrażającą się przez nierówne traktowanie biednych przez bogatych i przestępców). Wielka szkoda, że to właśnie tym wątkom Griffith poświęcił najwięcej miejsca - gdyby głównymi historiami uczynił epizody palestyński i paryski, przesłanie jego filmu na pewno oddziałałoby na widza w silniejszy sposób. Niestety trzeba przy tym wspomnieć, że o ile wątek hugenocki wypada nader dobrze, o tyle opowieść o Jezusie jest opowiedziana najsłabiej (co nie znaczy, że źle) ze wszystkich czterech historii. Pomijając faryzeuszy, nie ma w nim wyrazistych postaci, zaś nagły przeskok z publicznej działalności Jezusa do Jego męki i śmierci nie wpływa dobrze na odbiór wątku przez widza. Jeśli dodać do tego fakt, że reżyser nie dodaje praktycznie rzecz biorąc żadnych scen od siebie, trzymając się ściśle przekazu biblijnego, raczej nie zdziwi fakt, iż ta historia - w porównaniu z innymi - może nieco znużyć odbiorcę. Ponadto z dzisiejszej perspektywy razić może nieco czarno-biały obraz świata, aczkolwiek trzeba przyznać, że w kreacji kilku postaci (głównie w wątku współczesnym) te granice się zacierają, co bynajmniej nie wyszło Griffithowi przypadkowo.
Powyższe minusy nie równoważą jednak plusów sprawiających, iż "Nietolerancja" jest bardzo dobrym filmem, z którym wypada się zapoznać, nie tylko ze względu na wagę historyczną dzieła. W trakcie seansu lub tuż po nim warto zastanowić się nad tym, jak wiele nieszczęśliwych wydarzeń w historii i w dzisiejszych czasach jest podyktowanych nietolerancją oraz co wypadałoby zmienić w sobie i najbliższym otoczeniu, by do takich sytuacji dochodziło jak najrzadziej (niestety w pełni nie da się uniknąć). W końcu mimo upływu prawie stu lat od premiery filmu jego przesłanie się nie zestarzało.
Ocena ogólna filmu: 9/10.






