poniedziałek, 26 listopada 2012

Fantazja



Fantazja (1940), prod. Walt Disney

Po długiej przerwie przedstawiam kolejny film z watykańskiej listy 45 ważnych dzieł kinematograficznych. Tym razem postanowiłam zająć się jedynym animowanym obrazem w tymże zestawieniu, tj. "Fantazją" Walta Disneya z 1940 r. Jest to trzecia (po równie znakomitym dziele "Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków" z 1937 oraz "Pinokiu" z 1940) pełnometrażowa kreskówka zrealizowana przez Disneyowską wytwórnię, z wielu powodów uważana za jedną z najpiękniejszych animacji w dziejach. Ten film zajmuje również specjalne miejsce w moim sercu, co też zdecydowało o tym, iż to właśnie "Fantazja", a nie - jak planowałam początkowo - "2001: Odyseja kosmiczna" Kubricka, będzie bohaterką dzisiejszego wpisu na blogu.

Kim jest Walt Disney, przedstawiać nie trzeba (wszak większość z nas wychowywała się na filmach, nad których realizacją roztaczał opiekę). Dość powiedzieć, że wytwórnia założona przez tego pana przeżywała w 1940 złotą epokę animacji, rozpoczętą w 1937 wspomnianą wyżej "Królewną Śnieżką...", kontynuowaną przez "Pinokia" i "Fantazję" właśnie, zakończoną "Bambim" w 1941.
Interesujące nas dzieło zapewne nigdy by nie powstało, gdyby nie spadek zainteresowania filmami z Myszką Miki w połowie lat trzydziestych. Disney uznał, że gryzoniowi przydałby się nowy zastrzyk popularności. Miałaby go zapewnić dopieszczona w najmniejszych szczegółach krótkometrażówka, prezentowana w kinach oddzielnie od pozostałych krótkich filmów z Mikim. Miała być oparta na balladzie "Uczeń czarnoksiężnika" Goethego, zaś za tło muzyczne miał posłużyć poemat symfoniczny Paula Dukasa na podstawie wiersza niemieckiego preromantyka. Zaraz po uzyskaniu praw do utworu Dukasa wytwórnia Disneya przystąpiła do pracy nad filmem. Na początku 1938 budżet krótkometrażówki zdołał przeskoczyć kilkukrotnie standardową ilość pieniędzy przeznaczoną na przeciętny obraz z Mikim w roli głównej i stało się jasne, że "Uczeń czarnoksiężnika" sam nigdy nie zarobi tyle, żeby jego produkcja się zwróciła. Disney postanowił wówczas, iż adaptacja dzieła Goethego stanie się częścią dłuższego filmu, składającego się z kilku kreskówek opartych na wielkich dziełach muzyki poważnej, przybliżającego ją widzom niezbyt dobrze z nią zaznajomionym. Tak właśnie narodził się pomysł na "Fantazję", której projekt był wtedy znany jeszcze pod tytułem "The Concert Feature".

Disney przejawiał duże zainteresowanie i entuzjazm wobec "Fantazji" (inaczej niż względem powstającego w tym samym czasie "Pinokia"). Zwracał uwagę na to, jak duży postęp nastąpił w pracy z muzyką w jego studiu - przedtem muzyka była tylko tłem opowieści, w "Fantazji" animacja miała "opowiadać" muzykę. Nad wizualną stroną filmu pracowało około tysiąca animatorów i techników. Za oprawę muzyczną odpowiadała Orkiestra Filadelfijska pod batutą Leopolda Stokowskiego, angielskiego dyrygenta polskiego pochodzenia. Na potrzeby "Fantazji" opracowano pierwszy stereofoniczny system odtwarzania dźwięku, nazwany Fantasound. Do pomocy w pracy nad fragmentem ze "Świętem wiosny" Igora Strawinskiego, który miał opowiadać historię Ziemi od jej początków poprzez ewolucję kolejnych form życia aż do wyginięcia dinozaurów, Disney zaangażował znanych naukowców, m.in. astronoma Edwina Hubble'a. Disney planował również przedstawić abstrakcyjną adaptację "Toccaty i fugi d-moll" Jana Sebastiana Bacha w eksperymentalnej technologii 3D, a w trakcie całego seansu "Fantazji" rozprowadzać po widowni zapachy, jednak te plany ostatecznie zaniechano.
Niestety dla Disneya "Fantazja", dystrybuowana w kinach w latach 1940-1941 jako atrakcja roadshowowa, mimo dobrych recenzji nie zdołała na siebie zarobić. Winne były głównie wysokie koszty odtwarzania filmu w stereofonii, a także fakt, że film nie mógł być rozpowszechniany w ogarniętej chaosem II wojny światowej Europie, która zazwyczaj przynosiła wytwórni 40-50% zysków. "Fantazja", niekiedy okrajana z fragmentu abstrakcyjnego bądź części przedstawiających członków orkiestry i Stokowskiego, była ponownie dystrybuowana w latach 1942, 1946, 1956 i 1963, ale dopiero wraz z powrotem do kin w 1969 zaczęła generować zyski. Przyczyniła się wówczas do tego zapewne kampania reklamowa w psychodelicznym stylu, która zagwarantowała popularność filmu wśród nastolatków i młodych dorosłych (często przekonanych, że twórcy filmu w trakcie jego tworzenia byli pod wpływem środków niedozwolonych). "Fantazja" była rozpowszechniana w kinach również w latach 1977, 1982, 1985 i 1990. W 1942 r. otrzymała dwa specjalne Oscary - za zasługi w użyciu dźwięku oraz kreację nowej formy wizualizowania muzyki. Obecnie jest uważana za jeden z najlepszych filmów Disneya, w dodatku skierowany bardziej do dorosłych niż do dzieci.
Disneyowska "Fantazja" składa się z adaptacji ośmiu utworów muzyki poważnej. Pierwszą z nich jest abstrakcyjna "Toccata i fuga d-moll" Bacha, która zapewne była jedną z głównych przyczyn, dlaczego widzowie z przełomu lat 60. i 70. uważali film za wytwór ludzi będących "na kwasie". Niezależnie od płytkiej interpretacji tego fragmentu, trzeba przyznać, że jego stworzenie wymagało dużej wyobraźni i wrażliwości na muzykę. Wszelkie plamy i formy pojawiające się na ekranie nierozerwalnie łączą się z Bachowską muzyką, oddają zachodzące w utworze zmiany oraz rytm. Drugą częścią filmu jest adaptacja suity z "Dziadka do orzechów" Piotra Czajkowskiego. Przedstawia ona wróżki, ryby, kwiaty, grzyby i liście tańczące do wybranych fragmentów działa Rosjanina. Nie ma tu mowy o żadnej wyrazistej fabule, co nie przeszkadza w zachwycie nad pomysłami animatorów - zwłaszcza w sekwencjach rosyjskiego tańca kwiatów i chińskiego tańca grzybów.
Trzecim fragmentem jest "Uczeń czarnoksiężnika" z Mikim w roli głównej, od którego wszystko się zaczęło. W przeciwieństwie do poprzedniczek ta część posiada prostą, bo prostą, ale fabułę. Potężny czarnoksiężnik Yen Sid (odwrócenie nazwiska Disney) zostawia kapelusz w pracowni, którą ma sprzątnąć jego uczeń (w tej roli najsłynniejsza mysz świata). Młodemu adeptowi magii nie w smak jednak, że musi zaprzątać myśli tak nudnym i męczącym zajęciem jak czyszczenie podłogi. Zakłada pozostawione przez mistrza nakrycie głowy i zaczarowuje miotłę i wiadro tak, żeby sprzątały za niego. Z czasem jednak sytuacja wymyka mu się spod kontroli... Jest to zdecydowanie najsłynniejszy fragment "Fantazji", zaś sam wizerunek Mikiego w różowym płaszczu i niebieskim kapeluszu czarnoksięskim był od tego czasu wykorzystywany przez wytwórnię tak wiele razy, że na pewno nie raz się z nim spotkaliśmy. Mimo zawartego weń humoru, ta krótkometrażówka odbiega jednak klimatem od dotychczasowych produkcji z Mikim; jest poważniejsza i mroczniejsza (zwłaszcza jeśli idzie o kreację Yena Sida).
Czwarta część to z kolei jedna z dwóch moim zdaniem najlepszych w całej "Fantazji": "Święto wiosny" Strawinskiego służące jako inspiracja do opowieści o początkach Ziemi i ewolucji życia na niej od jednokomórkowców do dinozaurów (początkowo miała być doprowadzona aż do odkrycia ognia przez ludzi, ale ze względu na ewentualne kłopoty ze strony kreacjonistów, Disney zrezygnował z tego pomysłu). Kształtowanie się naszej planety oraz życia na niej zostaje przedstawione w nader mroczny (spotykałam się z opiniami ludzi, którzy w dzieciństwie bali się tego fragmentu), aczkolwiek intrygujący sposób. Takie sceny jak chociażby polowanie tyranozaura na stegozaura, czy też wyginięcie wielkich jaszczurów (co ciekawe, w "Fantazji" dinozaury nie giną od zderzenia z ciałem niebieskim), potrafią mocno zapaść w pamięć. Piąta część natomiast to humorystyczna rozmowa prowadzącego ze ścieżką dźwiękową, która pozwala człowiekowi odetchnąć po poprzedzających ją atrakcjach i przygotować się na następne.










Szósta część to adaptacja "VI Symfonii" Beethovena, przedstawiająca stworzenia z greckiej mitologii (pegazy, centaury, kupidyny, fauny itp.), które biorą udział w przyjęciu zorganizowanym przez boga wina Bachusa. Zabawa zostaje przerwana przez burzę wywołaną przez Zeusa. Ów fragment jest okryty pewną niesławą ze względu na pojawiające się weń trzy centaurzątka o czarnej barwie skóry, które są służącymi jasno ubarwionych centaurów, a także przypominają wyglądem bardziej białych ludzi w parodystycznych czarnych maskach niż prawdziwych czarnoskórych. Ze względu na rasistowskie treści przekazywane w z pozoru niewinnych scenkach, wszystkie trzy fragmenty z czarnymi centaurzątkami zostały wycięte z filmu wraz z wprowadzeniem go do kin w 1969. Niemniej mitologiczna część "Fantazji" trzyma wysoki poziom całości, choć wypada słabiej od chociażby "Święta wiosny".
Siódmą część filmu stanowi "Danza delle ore" Amilcarego Ponchielliego, przedstawiającą tańce antropomorficznych strusi, hipopotamów, słoni i aligatorów na przestrzeni dnia. Pod koniec pojawia się również prosta fabuła, gdy książę aligatorów zakochuje się w jednej z hipopotamic. Ten fragment jest nader przyjemny i zabawny, stanowiący zupełne przeciwieństwo ostatniego segmentu "Fantazji" - "Nocy na Łysej Górze", na podstawie utworu muzycznego Modesta Mussorgsky'ego. W tejże części jeden z najstraszliwszych czarnych charakterów w historii Disneyowskich filmów, potężny diabeł Czernabog (imię zaczerpnięte ze słowiańskiej mitologii) przywołuje do siebie demony i wskrzesza zmarłych, ażeby później znowu pozbawić ich życia i strącić w czeluście piekła. Szatan bawi się swoimi ofiarami aż do momentu, gdy słychać dzwon bijący na modlitwę Anioł Pański. Rozlega się "Ave Maria" Franza Schuberta, diabeł zamienia się w wierzchołek góry, zaś mnisi idą z zapalonymi pochodniami do ruin katedry, której ujęcia - niemal kompletnie pozbawione animacji - są ostatnimi kadrami "Fantazji".
Gdy oglądałam "Fantazję" po raz pierwszy kilka lat temu, odbierałam ją w zasadzie niemalże jak dziecko. Zachwycałam się animacją, dawałam się oczarować poszczególnym sekwencjom, w niektórych fragmentach (głównie w trakcie "Nocy na Łysej Górze", której seans może być dla dzieci zdecydowanie zbyt straszny) odczuwałam niepokój. Uważam to za wielki atut tego animowanego arcydzieła, które mimo upływu ponad 70 lat od premiery ani trochę się nie zestarzało. Jeśli człowiek nadal zachował dziecięcą wrażliwość, "Fantazja" ma szansę zrobić na nim wrażenie także i dzisiaj.

Ocena ogólna filmu: 10/10.

 

wtorek, 9 października 2012

Nietolerancja

Nietolerancja (1916), reż. David Wark Griffith

Strona "Nietolerancji" na FilmWebie

W latach I wojny światowej kino jako sztuka znajdowało się jeszcze w powijakach. Ruchome obrazy zyskiwały co prawda coraz większą popularność, niemniej jednak kinematografia uchodziła powszechnie za sztukę jarmarczną, niegodną uwagi ludzi światłych. Co prawda trafiały się jednostki (np. nasz rodak Karol Irzykowski), które widziały w kinie zadatki na bycie prawdziwą sztuką, ale pozostawały one wyjątkami. W 1916 r. publiczność zdążyła już zapoznać się z dokonaniami pierwszego faktycznego reżysera i twórcy fantastyki w dziejach kina, Georgesa Meliesa ("Podróż na Księżyc"), włoskim kinem sandałowym ("Quo vadis?", "Cabiria"), nieśmiałymi początkami ekspresjonizmu niemieckiego ("Student z Pragi") oraz pierwszymi krótkometrażówkami Charliego Chaplina ("Bójka w deszczu", "Charlie w Music-Hallu" itp.) Filmy były w porażającej większości (poza nieznanymi szerokiej publiczności eksperymentami technicznymi) nieme i czarno-białe. Długi metraż pojawił się zaledwie kilka lat wcześniej.

W tych prymitywnych z naszego punktu widzenia warunkach pojawił się jeden z pierwszych wielkich twórców kina amerykańskiego - David Wark Griffith. 

Urodzony w 1875 r. reżyser kręcił setki (sic!) filmów już od 1908 r., ale dopiero powstałe w 1915 r. "Narodziny narodu", dziejące się podczas wojny secesyjnej, przyniosły mu rozgłos - niestety nie tylko ze względu na wybitność tego dzieła pod względem artystycznym. Otóż w drugiej części filmu Griffith przedstawił czarnoskórych (granych przez białych w czarnych maskach) jako nieinteligentnych i agresywnych względem białych ludzi, zaś Ku Klux Klan jako chwalebną organizację broniącą swych "współbraci" przed zagrożeniem ze strony Afroamerykanów. Film wywoływał liczne protesty przeciwko treściom weń zawartym, niektóre kina nie chciały go umieszczać w repertuarze. Czy obawy przeciwników "Narodzin narodu" były słuszne? Faktem jest, że film katalizował ataki białych gangów na czarnoskórych, zaś pewien biały mężczyzna po obejrzeniu dzieła Griffitha zamordował czarnego nastolatka. Z kolei Ku Klux Klan zaczął używać "Narodzin..." jako środka pomocniczego przy rekrutacji nowych członków nieprzerwanie aż do lat 70. Griffithowi nie podobało się odczytanie jego filmu jako rasistowskiego (chociaż można się dziwić, iż nie spodziewał się takiego obrotu sprawy). Z tego względu postanowił nakręcić film krytykujący uprzedzenia różnej maści, czyli "Nietolerancję" właśnie. 

"Nietolerancja" - najdroższy film w dotychczasowej historii kina (kosztował 2 miliony dolarów, co po uwzględnieniu inflacji da nam 46 milionów dolarów budżetu) - była realizowana z wielkim rozmachem. Griffith podjął się tego, czego nie próbował robić przed nim nikt wcześniej. Zamierzał przedstawić w paralelny sposób skutki nietolerancji (przede wszystkim na tle religijnym, ale również i o podłożach majątkowych czy społecznych) na przestrzeni dziejów, od upadku Babilonu poprzez życie Jezusa Chrystusa i noc świętego Bartłomieja do czasów widzowi współczesnych. Przykładał wielką wagę do scenografii, kostiumów i pracy z wieloma statystami. Pragnąc przedstawić wesele w Kanie Galilejskiej zgodnie z tradycją żydowską, zaangażował do nadzoru pracy nad nią rabina Meyera. Wszystko w ramach szczytnego celu - przekazaniu widzom w atrakcyjny wizualnie sposób, iż tolerancja jest niezbędna do dobrego funkcjonowania ludzkości.

Niestety dla Griffitha "Nietolerancja" poniosła kompletną klęskę finansową w kinach. Odbiorcy nie byli w stanie usiedzieć w miejscu przez cały czas projekcji (163 minuty seansu to pewne wyzwanie nawet dla dzisiejszego widza), mieli problemy również z percepcją równolegle rozwijających się czterech historii (zapewne najwięcej trudności sprawiało im to pod koniec, gdy montaż między scenami jest najbardziej dynamiczny), połączonych ze sobą motywem matki kołyszącej dziecko. Ponadto ludzie żyjący w atmosferze I wojny światowej i rychłego przystąpienia Stanów Zjednoczonych do niej nie byli zbyt chętni do oglądania filmu wzywającego do pokoju. W porównaniu z wynikami finansowymi "Narodzin narodu" (które do momentu premiery "Przeminęło z wiatrem" były najbardziej dochodowym filmem w dziejach) rezultat komercyjny "Nietolerancji" prezentował się zatem wprost tragicznie. Griffith stracił niemal wszystkie pieniądze wyłożone na monumentalne dzieło. Nie był w stanie nawet rozebrać scenografii służącej jako Babilon, która rozpadała się sama przez cztery lata. Pieniądze wzięte na produkcję filmu musiał spłacać do końca życia. Mimo tego już za jego życia "Nietolerancja" spotykała się z ciepłym przyjęciem znawców kina. Obecnie jest uważana za jedno z pierwszych filmowych arcydzieł i jeden z najważniejszych (obok "Narodzin narodu", "Złamanej lilii" i "Męczennicy miłości") filmów Griffitha. W 1995 r. została wpisana na watykańską listę 45 znaczących filmów, opracowaną przez Filmotekę Watykańską i Papieską Radę do spraw Komunikacji Społecznej.

Osobiście podejrzewam, że mimo wielkiego wkładu w historię i rozwój kina, "Nietolerancja" może nie być jednak już dzisiaj - podobnie jak wiele innych niemych filmów, niezależnie od ich poziomu - w pełni znośna dla przeciętnych zjadaczy chleba. Niektóre fragmenty mogą im się za bardzo dłużyć, zbyt ekspresyjna gra aktorska razić, zaś samo przesłanie - choć aktualne - może się wydać przedstawione w zanadto naiwny sposób. Mnie samej było nieco ciężko oglądać ten film, ale w moim przypadku winna była zapewne niezbyt dobra jakość kopii, z jaką się zetknęłam. 

Nie znaczy to jednak, że "Nietolerancja" mi się nie podobała i iż nie warto się z nią zapoznawać. Więcej - nader przypadła mi do gustu, a w dodatku moim zdaniem obejrzeć ją wręcz trzeba, jeśli chcę się uważać za osobę obeznaną z kinem. W końcu to ten film jest często omawiany jako pierwszy w książkach filmoznawczych, zaś samo przesłanie o konieczności tolerancji i zgubnych skutkach jej braku jest nadal aktualne. Po prostu wypada, aby człowiek pozbył się uprzedzeń względem pierwszych przypadków nadania kinematograficznym tworom głębi i poświęcił mu prawie trzy godziny. Na pewno nie będzie to czas stracony.

Na pewno wielkim plusem dzieła Griffitha jest jego rozmach i dbałość o szczegóły (o czym wspominałam już wcześniej). Jeśli widz da się porwać "Nietolerancji", może poczuć się - mimo czarno-białego obrazu i braku dźwięku - jakby faktycznie przebywał w starożytnym Babilonie, Palestynie z czasów Jezusa bądź w szesnastowiecznym Paryżu. Sceny batalistyczne oraz reszta warstwy wizualnej z epizodu babilońskiego robią wrażenie i dzisiaj. Grająca weń Górską Dziewczynę Constance Talmadge może uchodzić za pierwszą kobiecą bohaterkę kina akcji. Prawie wszystkie wątki angażują emocjonalnie, głównie dzięki odpowiednio dawkowanemu napięciu i wspomagającemu je dynamicznemu montażowi (na kilka lat przed powstaniem przełomowej dla dziejów kina radzieckiej szkoły montażu). W historii współczesnej reżyser odważnie podjął tematykę wyzysku robotników przez pracodawców, obłudy niektórych organizacji filantropijnych oraz niekiedy pochopnej działalności sądów. Poza tym w aż trzech opowieściach Griffith dotknął problemu nietolerancji religijnej (aczkolwiek w najdłuższej z nich - w wątku babilońskim - zostaje on przyćmiony przez historię głównej bohaterki oraz przepych scenografii i kostiumów). 

Niestety same przejawy nietolerancji wypadają najjaskrawiej i najbardziej wpływają na postawę widza w wątkach najkrótszych, tyczących się Jezusa i - przede wszystkim - paryskiej rzezi hugenotów. Jak wspominałam, problem nietolerancji w historii upadku Babilonu zostaje przyćmiony przez warstwę wizualną. Trudno również na pierwszy rzut oka wyczuć (mimo porównań członkiń organizacji filantropijnej do nietolerancyjnych faryzeuszy), na czym polega nietolerancja w opowieści dziejącej się współcześnie (według założeń reżysera chodzić miało o nietolerancję na tle społecznym, wyrażającą się przez nierówne traktowanie biednych przez bogatych i przestępców). Wielka szkoda, że to właśnie tym wątkom Griffith poświęcił najwięcej miejsca - gdyby głównymi historiami uczynił epizody palestyński i paryski, przesłanie jego filmu na pewno oddziałałoby na widza w silniejszy sposób. Niestety trzeba przy tym wspomnieć, że o ile wątek hugenocki wypada nader dobrze, o tyle opowieść o Jezusie jest opowiedziana najsłabiej (co nie znaczy, że źle) ze wszystkich czterech historii. Pomijając faryzeuszy, nie ma w nim wyrazistych postaci, zaś nagły przeskok z publicznej działalności Jezusa do Jego męki i śmierci nie wpływa dobrze na odbiór wątku przez widza. Jeśli dodać do tego fakt, że reżyser nie dodaje praktycznie rzecz biorąc żadnych scen od siebie, trzymając się ściśle przekazu biblijnego, raczej nie zdziwi fakt, iż ta historia - w porównaniu z innymi - może nieco znużyć odbiorcę. Ponadto z dzisiejszej perspektywy razić może nieco czarno-biały obraz świata, aczkolwiek trzeba przyznać, że w kreacji kilku postaci (głównie w wątku współczesnym) te granice się zacierają, co bynajmniej nie wyszło Griffithowi przypadkowo. 

Powyższe minusy nie równoważą jednak plusów sprawiających, iż "Nietolerancja" jest bardzo dobrym filmem, z którym wypada się zapoznać, nie tylko ze względu na wagę historyczną dzieła. W trakcie seansu lub tuż po nim warto zastanowić się nad tym, jak wiele nieszczęśliwych wydarzeń w historii i w dzisiejszych czasach jest podyktowanych nietolerancją oraz co wypadałoby zmienić w sobie i najbliższym otoczeniu, by do takich sytuacji dochodziło jak najrzadziej (niestety w pełni nie da się uniknąć). W końcu mimo upływu prawie stu lat od premiery filmu jego przesłanie się nie zestarzało.

Ocena ogólna filmu: 9/10.